środa, 9 listopada 2011

Listopadowa eskapada

Najpierw była podróż w moje rodzinne strony.
Potem niespodzianka.
Odpoczynek po pysznym obiedzie.


Testowanie jakiegoś playstation czy czegoś w tym stylu...
Później znów podróż...


Kombinacje, gdzie powiesić półeczki na płyty...
Na koniec kalendarz adwentowy, który wciąż powstaje.




czwartek, 3 listopada 2011

Mam cię!

Wiedziałam, że kiedyś się uda :)
Są dwie albo i więcej, ale bardzo trudno uchwycić wszystkie, są bardzo płochliwe.









poniedziałek, 24 października 2011

I po przeziębieniu :)

Przez cztery ostatnie dni spędzone głównie w domu z powodu wyżej wymienionego przeziębienia powstały berety. Kolor rudy, zgniły zielony, jasny zielony i kremowy. Niedługo zrobię im zdjęcia na jakiejś głowie i oczywiście umieszczę tutaj.
W związku z tym, że jest jesień, wszędzie dynie i jabłka, jabłka, jabłka ( od sąsiadki, prosto z wioski-nie pryskane!). Królują u nas jabłka pod każdą postacią - w szarlotce, racuszkach, pieczone i pakowane zawzięcie w słoiki. Jeszcze tyle nam zostało do przerobienia:



Poza tym jedliśmy pyszną pizzę według przepisu oczywiście Wiktorii ;)

Rozczyn:
1/4 kostki drożdży
2 łyżki cukru
pół szklanki mleka (a właściwie 1/3 to gorąca woda, 2/3 zimne mleko)
2 łyżki mąki

Wstawiam tradycyjnie do piekarnika rozgrzanego do 50 stopni Celsjusza i czekam, aż wyrośnie.

Dodajemy:
1,5 szklanki mąki
łyżeczkę soli
pół jajka
2,5 łyżki oliwy

Zagniatamy, znów do piekarnika, kiedy urośnie rozkładamy ładnie na blasze posmarowanej oliwą i pieczemy w piekarniku rozgrzanym do granic możliwości. 
Tyle odnośnie ciasta. Wierzch to już własna twórczość radosna. Smacznego!

Dalej była zabawa z kartonem, lazania, której nie zdążyłam zrobić zdjęcia - bo już zniknęła i tradycyjnie spacer po cmentarzu. Koniec weekendu.



czwartek, 20 października 2011

Przeziębienie--->choróbsko.

Przeziębienie nie ustępuje, raczej przeistacza się w choróbsko. Siedzę w domu i dostaję szału-zatoki mam zatkane i nawet nie chce mi się siadać do robótek, a powinnam skończyć szalik córci i zrobić nowe poszewki na poduszki w kuchni. I pozbyć się z domu kilku rzeczy, które wystawiliśmy w szale opróżniania szaf.
Zdjęcie? Poszukajmy...
Zdjęcie kiepskiej jakości, wspominkowe (październik 2006). Stare mieszkanie, stary aparat i firanki, które zostały jako wyposażenie kuchni-bonusik dla nowej właścicielki mieszkania. Chyba Jej się podobają, bo ciągle wiszą w oknie kuchennym. A ja jeszcze nie dotarłam do etapu w którym zrobię sobie nowe firanki w nowym mieszkaniu. Tak od trzech lat.

wtorek, 18 października 2011

Przeziębienie.

Chyba jestem przeziębiona. Gardło mnie boli. W sobotę byłam z córcią na ślubie dawno niewidzianej koleżanki, potem pobiegłyśmy na cmentarz, zapalić Babci imieninowe lampki. Zimno było strasznie! Córcia w butach typu Emu nie zmarzła, ale ja w czółenkach - jak najbardziej. Przed południem myłam też okna, może też było trochę za zimno? Trudno się mówi. W niedzielę szaleliśmy w aquaparku, a po południu uprawialiśmy warzywniak ( jak to mówi mąż) czyli jednym słowem leżeliśmy, siedzieliśmy, graliśmy z dziećmi w warcaby, czytaliśmy książki-raj na ziemi. A wczoraj zakasaliśmy rękawy i zaczęliśmy jesienne porządki w szafach. To jest to, co lubię najbardziej! Szafy zrobiły się większe, kiedy dzieci zaczęły przymierzać swoje ubrania. Rosną, rosną i nie mogą przestać rosnąć. Powyrastały ze spodni, kurtek, swetrów. I znalazło się miejsce na deskę do prasowania! Dzisiaj zamierzamy zrobić porządek w płytach, oprogramowaniu, dokumentach itp. Podejrzewam, że zajmie to kilka dni, te wszystkie szuflady...
Maćkowi bardzo spodobały się wałeczki do spania, nie zdążyliśmy ich nawet rozpakować, a już spał :) 
Oto wspomniane już miejsce na książki bieżące.
Dzbanuszek, którego wykończenie nigdy mi się nie podobało, ale na prezenty się nie narzeka, przynajmniej głośno ;) Mąż pomalował na biało i od razu wygląda lepiej.
Dwa jeże przyniesione z przedszkola-praca synka.

czwartek, 13 października 2011

Bułeczki :)

Zrobiłam wczoraj z córcią "bułeczki wachlarzyki na maślance" oraz "bułeczki śniadaniowe". Robiłam je na zwykłych drożdżach i nie mogłam się nadziwić, jak wysoko urosło ciasto! A bułeczki są wyśmienite! Do tych śniadaniowych dodam w przyszłości więcej soli, a jeszcze mniej cukru, były dla nas za słodziutkie. Pani Dorota i Jej przepisy... brak słów :)
Na koniec kot Maciek, nasz meloman uwielbiający spać z głową na włączonym głośniku, lub chociaż na płytach.
Teraz uciekam - mam nadzieję, że tym razem się uda, nie piszę, żeby nie zapeszyć.




wtorek, 11 października 2011

Drożdżówka

Zgodnie z sugestią Agafii zamieszczam przepis na drożdżówkę (autorstwa Wiktorii). 


Składniki:


3 szklanki mąki
1/2 kostki drożdży
1 jajko
6 łyżek cukru
szczypta soli
1 szklanka mleka
2-3 łyżki wody
3 łyżki roztopionego masła


Blaszka około 25x25 cm wysmarowana masłem.


Rozczyn:


1) rozdrobnione drożdże
2) 4 łyżki cukru
3) mleko z wodą w proporcji: 1/3 szklanki gorącej wody+2/3 szklanki zimnego   mleka
4) 4 łyżki mąki
Wstawiam to do piekarnika rozgrzanego do 50ºC, przykrywam talerzykiem, czekam, aż urośnie.


Ciasto:


Do rozczynu dodajemy mąkę, roztrzepane jajko, masło, szczyptę soli, wodę i cukier. Zagniatamy. Znów do piekarnika, czekamy aż urośnie. Rośnie duże!
Ponownie zagniatamy, układamy na blaszce (jak widać na zdjęciu, piekę w naczyniu żaroodpornym, też za namową Wiktorii-wtedy lepiej widać, z której strony i jak się zarumienia), zostawiamy na 15 minut. W tym czasie obieramy owoce, układamy na cieście.


Kruszonka:


4 łyżki mąki
2 łyżki cukru pudru
2 łyżki płynnego masła


Zagniatamy, posypujemy ciasto.


Lukier (my nie lubimy, ale może ktoś woli z lukrem?):
3/4 szklanki cukru pudru
odrobina przegotowanej wody
kilka kropel aromatu do ciasta


Pieczemy 50-60 minut w temperaturze 180ºC.


SMACZNEGO!